Przede wszystkim z pasji i fascynacji. Odkąd zamieszkałam w Galicja, koty stały się nieodłączną częścią mojego życia na emigracji. Towarzyszyły mi w chwilach zachwytu nad nowym miejscem, ale też w momentach tęsknoty i niepewności. Są nie tylko domownikami – są cichymi terapeutami, wiernymi obserwatorami codzienności i wdzięcznymi modelami do fotografii. Ich obecność porządkuje rytm dnia, uczy uważności i przypomina, że szczęście często kryje się w prostych gestach: w mruczeniu, przeciąganiu się na słońcu czy spojrzeniu pełnym zaufania.
Na blogu chcę dzielić się z Wami nie tylko zdjęciami moich własnych kotów, ale również tych spotkanych w drodze – podczas podróży, spacerów po miasteczkach i wędrówek po galicyjskich wsiach. Niektóre z nich mijam tylko przelotnie, inne zostają w mojej pamięci na dłużej. Czasem zapamiętuję ich spojrzenie, czasem historię opowiedzianą przez mieszkańców, a czasem po prostu miejsce, w którym się spotkaliśmy – kamienny mur, schody prowadzące do portu, nagrzany słońcem próg starego domu.
Koty w Galicji żyją zarówno w domach, jak i na zewnątrz. Wiele z nich to koty „wychodzące”, swobodnie przemierzające ulice i ogrody. Podejście do ich bezpieczeństwa bywa tu inne niż w Polsce – mniej restrykcyjne, bardziej oparte na tradycji i lokalnych zwyczajach. W niemal każdym pueblo można spotkać wałęsające się koty – często piękne, o umaszczeniu i sylwetce przypominających konkretne rasy, choć formalnie nimi nie są. To część krajobrazu, tak naturalna jak kamienne domy czy zielone wzgórza.
Różnice w podejściu do zwierząt widać także w gabinetach weterynaryjnych. Od prostych, wiejskich praktyk, gdzie „kot to tylko kot”, po nowoczesne kliniki oferujące specjalistyczną opiekę, empatyczne podejście i – co za tym idzie – wysokie ceny. Miałam okazję odwiedzić kilka z nich i na własnej skórze doświadczyć, jak bardzo może się różnić standard opieki i sposób traktowania zwierząt. Te doświadczenia nauczyły mnie jeszcze większej czujności i odpowiedzialności jako opiekunki.
Nasze koty są kotami domowymi, ale mają dostęp do zabezpieczonego ogrodu. To dla nich idealny kompromis między bezpieczeństwem a naturalną potrzebą eksploracji. Mogą korzystać ze słońca, wylegiwać się na tarasie, tarzać w trawie i obserwować ptaki – a ja mam spokój, wiedząc, że są bezpieczne.
Koty na tym blogu to nie tylko zdjęcia. To opowieść o życiu w Galicji widzianym z perspektywy nisko zawieszonego ogona, miękkich łap i cichego mruczenia. To historia o relacji człowieka ze zwierzęciem – pełnej czułości, odpowiedzialności i codziennej obecności.
Krótka historia moich kotów
Od zawsze kochałam zwierzęta, choć przez większą część życia towarzyszyły mi głównie psy. To z nimi kojarzyłam dom, bliskość i poczucie bezpieczeństwa. Po przeprowadzce do Hiszpania marzyłam o własnym psie – wyobrażałam sobie wspólne spacery po plażach i galicyjskich wzgórzach. Szybko jednak zderzyłam się z rzeczywistością emigracyjnego życia: wynajem mieszkania, formalności, częste podróże. Wiedziałam, że w tamtym momencie nie mogłabym zapewnić psu stabilizacji, na jaką zasługuje.
Wtedy pojawiła się myśl o kocie. Decyzja dojrzewała we mnie kilka dni, może tygodni – przeglądanie ogłoszeń, rozmowy, wahanie. I w końcu ona. Kotka rasy Scottish Fold o hipnotyzującym spojrzeniu i charakterystycznie złożonych uszach. Sonia.

Sonia
Sonia przyjechała do nas z Porto w listopadzie 2016 roku – dokładnie rok po naszej przeprowadzce do Hiszpanii. Jej pojawienie się było czymś znacznie więcej niż zwykłą adopcją zwierzęcia. To był moment symboliczny: w obcym kraju, w nowym domu, w nowym życiu nagle pojawiła się istota, która sprawiła, że przestrzeń zaczęła nabierać charakteru, a dom przestał być tylko miejscem do mieszkania. Sonia od pierwszych dni wniosła do naszego życia spokój, czułość i pewną niezwykłą harmonię, która zmieniła codzienność w coś bardziej uważnego i pełnego drobnych radości.
Od niej nauczyłam się kociej cierpliwości. To ona pokazała mi, że koty mają własny rytm, swoje zasady i granice, których nie należy naruszać, jeśli chce się zdobyć ich zaufanie. Sonia uczyła mnie, czym jest prawdziwa niezależność – że bliskość nie oznacza wymuszonej obecności, a relacja może być głęboka, choć subtelna. Jej sposób okazywania uczuć – ciche mruczenie w środku nocy, spokojne spojrzenie pełne zaufania, przytulanie się w najmniej oczekiwanych momentach – wprowadził do naszego życia nową jakość, tak odmienną od wszystkiego, co wcześniej znałam.
Dzięki niej zrozumiałam, że związek z kotem jest inny niż z psem, ale nie mniej intensywny. To delikatna mieszanka wzajemnego szacunku, zaufania i wspólnie dzielonej codzienności, w której każda chwila ma znaczenie – nawet jeśli oznacza tylko ciche siedzenie obok siebie i obserwowanie świata.
Tak zaczęła się moja prawdziwa kocia historia. Historia, która z czasem rozwinęła się o kolejne doświadczenia, spotkania i mruczące osobowości, każda inna, każda wyjątkowa. Ale wszystko zaczęło się od Soni – tej jednej małej, niebieskookiej kotki, która pokazała mi, czym jest cierpliwość, prawdziwa bliskość i magia codziennych, zwyczajnych chwil, które nagle stają się niezwykłe.
Sonia była pierwsza. I dzięki niej wszystko, co przyszło później – nowe koty, nowe przygody, nowe historie – miało swój początek.








Santi
Dwa lata później, w listopadzie 2018 roku, nasza rodzina kociarska powiększyła się o kolejnego członka – Santi’ego, energicznego kocurka rasy Scottish Gold. Podróż po niego była małą przygodą samą w sobie – wyruszyliśmy do słonecznego Madrytu, aby odebrać naszego przyszłego towarzysza od przemiłej hodowczyni, Ludmiły. Już od pierwszych chwil w jej domu czuło się, że Santi jest kotem o ogromnym charakterze – ciekawy, rezolutny i gotowy do odkrywania świata na własnych zasadach.
Początki socjalizacji były jednak wyzwaniem. Sonia, nasza rezydentka i niewątpliwa królowa domu, okazała się bardzo silną dominatorką. Każde spotkanie z Santi’m było dla niej testem cierpliwości i pewności siebie. Zdarzały się syczące spojrzenia, subtelne pchnięcia i długie chwile w milczeniu, kiedy oboje próbowali zrozumieć nowe zasady wspólnego życia.
Z czasem jednak zaczęły pojawiać się małe przełomy. Santi, cierpliwy i uroczo natrętny, powoli zdobywał zaufanie Soni. Z kolei ona, choć nadal zachowywała swoją niezależność i dumę, zaczęła akceptować obecność kociego towarzysza. Obserwowanie ich relacji było fascynujące – od pierwszych nieporadnych prób wspólnej zabawy, po momenty cichej koegzystencji w jednym pomieszczeniu, aż w końcu do prawdziwej przyjaźni, w której każdy znalazł swoje miejsce.
Dziś Sonia i Santi żyją w doskonałej harmonii. Każdy z nich zna swoje granice i szanuje przestrzeń drugiego, ale jednocześnie wspólnie tworzą zgodny duet. Historia Santi’ego przypomina mi, jak ważne są cierpliwość, szacunek i czas w budowaniu kocich relacji. I choć początki mogły wydawać się trudne, teraz trudno wyobrazić sobie nasz dom bez tej dwójki – dwóch dusz, które odnalazły się w idealnej równowadze.






Zara
Nasza rodzina wydawała się już kompletna i szczęśliwa. Nie planowaliśmy jej powiększać – zwłaszcza że przed nami była kolejna przeprowadzka, a wraz z nią stres, organizacja i cała masa zmian. Wydawało się rozsądne, by na tym etapie niczego nie komplikować. Jednak życie, jak to ma w zwyczaju, napisało dla nas zupełnie inny scenariusz.
Na naszej drodze pojawiła się rodzinka bezdomnych kotów. Małe, zagubione istoty, próbujące przetrwać w trudnych warunkach. Oczywiście nie potrafiłam przejść obok nich obojętnie. Wiedziałam, że muszę coś zrobić. Udało się zorganizować pomoc, wysterylizować koteczki i znaleźć kochające domy dla większości z nich. Każde pożegnanie było wzruszające, ale też dawało ogromną satysfakcję – świadomość, że ich los się odmienił.
Jednak jedna z nich szczególnie poruszyła moje serce. Mała, galicyjska koteczka z garażu – Zara. Było w niej coś niezwykłego: odwaga połączona z delikatnością, czujność przeplatająca się z dziecięcą ciekawością świata. I tak w styczniu 2020 roku Zara zamieszkała z nami na stałe.
To niebieskooka, rezolutna koteczka, pełna energii i pomysłów. Od pierwszych dni wniosła do naszego domu świeżość i radość, jakby przyniosła ze sobą promień słońca. Jest bystra, odważna i niezwykle kontaktowa – zawsze pierwsza do zabawy, pierwsza do odkrywania nowych zakamarków, pierwsza do sprawdzania, co dzieje się po drugiej stronie drzwi.
Początki nie były jednak całkiem łatwe. Nasza rezydentka Sonia z dystansem przyjęła nową lokatorkę. Było trochę napięcia, uważnych spojrzeń i wyznaczania granic. Każda z nich musiała odnaleźć swoje miejsce w zmieniającej się rzeczywistości. Z czasem jednak wypracowały własne zasady współistnienia. Dziś żyją obok siebie w harmonii – z szacunkiem dla swojej przestrzeni, bez wchodzenia sobie w drogę. To ich cichy kompromis, który działa najlepiej.
Patrząc dziś na Zarę, trudno uwierzyć, że jej historia zaczęła się w chłodnym garażu. Stała się integralną częścią naszej rodziny – żywą, radosną iskierką, która przypomina nam, że czasem to właśnie nieplanowane spotkania okazują się najważniejsze.





Mia
Rok później nasza kocia rodzina znów się powiększyła. Tym razem przygarnęliśmy mamę Zary, która z powodów zdrowotnych nie mogła już dłużej radzić sobie na zewnątrz. Jej stan wymagał opieki, spokoju i bezpiecznego miejsca do rekonwalescencji, więc decyzja o zabraniu jej do domu była dla nas czymś naturalnym. Wiedzieliśmy, że nie możemy jej zostawić samej w chwili, gdy najbardziej potrzebowała wsparcia.
Początkowo miał to być jedynie pobyt tymczasowy – kilka tygodni troski, leczenia i spokojnego dochodzenia do sił. Mówiliśmy sobie, że kiedy wyzdrowieje, podejmiemy dalsze decyzje. Jednak – jak to już bywa w historii naszych kotów – życie napisało własny scenariusz. Mia z każdym dniem coraz pewniej odnajdywała się w domowej rzeczywistości. Zaczęła wybierać swoje ulubione miejsca do odpoczynku, coraz częściej pojawiała się obok nas i powoli, na swoich zasadach, oswajała nową codzienność.
Zaufała nam – i to jest dla mnie coś wyjątkowego. W jej spojrzeniu widać dziś spokój, którego wcześniej zapewne nie miała. Jednocześnie wiem, że gdzieś w głębi serca na zawsze pozostanie odrobinę nieufna wobec obcych. Ostrożnie obserwuje nowych ludzi, potrzebuje czasu, by poczuć się bezpiecznie. I trudno jej się dziwić. Tylko ona wie, ile w życiu przeszła i ile musiała wycierpieć. My możemy się jedynie domyślać historii zapisanych w jej milczeniu.
Dziś wszystko wskazuje na to, że zostanie z nami na stałe. Stała się częścią naszej codzienności tak naturalnie, jakby od zawsze tu była. Być może nadając jej imię Mia – co po hiszpańsku oznacza „moja” – podświadomie przeczuwałam, że tak właśnie się stanie. To imię od początku brzmiało jak cicha obietnica. I wygląda na to, że serce wiedziało wcześniej to, czego rozum jeszcze nie chciał przyznać – że Mia już na zawsze będzie „nasza”.





Chico
Ostatnio zamieszkał w naszym ogrodzie młody kocurek, którego najprawdopodobniej ktoś wyrzucił. Jest bardzo „miziasty” i lgnie do człowieka. Próbuję znaleźć mu domek, ale póki co bez powodzenia. Czy dołączy do naszej gromadki? Zobaczymy…

Jak możecie się domyślać, historia Chiciego potoczyła się bardzo podobnie jak w przypadku naszych poprzednich kotów. Choć początkowo próbowaliśmy zachować rozsądek i nie podejmować pochopnej decyzji, los – a właściwie sam Chici – miał wobec nas inne plany. Został z nami na stałe i dziś z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że to on wybrał nas, a nie my jego.
Od pierwszych dni urzekał swoją niezwykłą determinacją. Przez kilka długich tygodni cierpliwie czekał pod naszymi drzwiami, jakby był pewien, że w końcu zrozumiemy, iż jego miejsce jest właśnie tutaj. Nie zrażał się deszczem, który moczył jego futro, ani przenikliwym wiatrem – trwał niewzruszony, cichy, a jednocześnie pełen nadziei. Każdego dnia witał mnie tym swoim spojrzeniem, w którym było wszystko: ufność, prośba i obietnica wierności. To spojrzenie mówiło więcej niż tysiąc słów i stopniowo kruszyło wszelkie moje opory.
W końcu nie pozostało mi nic innego, jak otworzyć drzwi – nie tylko domu, ale i serca. Chici przekroczył próg tak naturalnie, jakby mieszkał tu od zawsze. Bez lęku, bez wahania odnalazł swoje miejsce, jakby od początku wiedział, że to jego przystań. Szybko stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny – towarzyszem codziennych chwil, cichym obserwatorem naszych spraw i wiernym przyjacielem.


Coraz trudniej umieścić je wszystkie na jednym zdjęciu, ale zawsze warto próbować 😉
luty 2022

Przeprowadzka
W maju 2025 roku stanęliśmy przed wyzwaniem, które niejednokrotnie przyprawiało właścicieli kotów o zawrót głowy – przeprowadzką do nowego domu. To nie była zwykła zmiana adresu. Trzeba było zaplanować wszystko – od transportu, przez bezpieczeństwo kotów, po logistykę rozpakowywania i organizację nowej przestrzeni. Każdy szczegół miał znaczenie, bo wiedzieliśmy, że dla naszych mruczących przyjaciół to spore wyzwanie.
Sonia i Santi miały już doświadczenie w radzeniu sobie z przeprowadzkami i nowymi miejscami, więc ich adaptacja była stosunkowo spokojna. Dla Mi, Zary i Chiciego wszystko było jednak całkowicie nowe. Niepewność, zapachy obcego domu, dziwne echa i każdy nowy kąt – dla nich to była prawdziwa przygoda, choć początkowo trochę stresująca.
Muszę przyznać, że w całej sytuacji ja byłam chyba bardziej zestresowana niż one. Pakowanie, przewożenie, wprowadzanie się do nowego domu – to wszystko wydawało się chaotyczne i przytłaczające, ale koty zdawały się mieć własny sposób na poradzenie sobie z sytuacją. Już po kilku dniach zaczęły eksplorować nowe przestrzenie, ostrożnie, ale z ciekawością, i powoli czuły się tu bezpiecznie.
Każde z nich znalazło swoje ulubione miejsce w którym czuło się komfortowo i spokojnie.
Patrząc teraz na całą piątkę, mam wrażenie, że szybko doszły do wniosku, że nowy dom to miejsce, w którym naprawdę będą mogły być sobą. Każdy zakamarek, każdy fotel, każde okno – wszystko stało się ich terytorium i miejscem codziennego spokoju. A ja w tym wszystkim mogłam odetchnąć z ulgą, wiedząc, że nie tylko ja zaczynam nowe życie w nowym domu – razem z nami w tej przygodzie idzie też cała nasza mrucząca rodzina.
Luty 2026

