Monte da Cidade – tam, gdzie kamienie pamiętają

Są w Galicji takie miejsca, do których nie jedzie się po to, żeby coś „zaliczyć”.

Nie ma tu wielkich zabytków, tłumów turystów ani tablic wskazujących co kilka metrów, na co właśnie powinniśmy patrzeć. Jest za to las, kamień, woda i cisza. A przede wszystkim – poczucie, że za tym, co widzimy, kryje się jakaś historia, której nie udało się jeszcze opowiedzieć do końca.

Właśnie tak poczuliśmy się na Monte da Cidade, niedaleko Fornelos de Montes (prowincja Pontevedra).

To jedno z tych miejsc, które przypominają nam, dlaczego tak bardzo lubimy odkrywać Galicję poza utartymi szlakami. Bo czasami wystarczy zejść z głównej drogi, wejść między drzewa i pozwolić, żeby to miejsce samo zaczęło opowiadać.

Droga, która pamięta wozy

Zostawiamy samochód przy drodze PO-250, na granicy gmin Fornelos de Montes i Pazos de Borbén. Przed nami nie ma nic spektakularnego. Ot, niewielka ścieżka prowadząca w stronę lasu. Ale już po kilku krokach mamy wrażenie, że przenieśliśmy się o wiele dalej od współczesnego świata.

Schodzimy starą drogą wybrukowaną kamieniami. W jej nawierzchni wciąż można dostrzec koleiny pozostawione przez koła dawnych wozów. Trudno oprzeć się myśli, ilu ludzi przechodziło tędy przed nami. Kupcy, gospodarze, wędrowcy, ludzie przewożący wino i inne towary…

Dzisiaj jest cicho. Słychać tylko wodę i las.

Przechodzimy przez niewielki strumień Rego Cambichas po starym kamiennym moście. Potem ścieżka zaczyna piąć się w górę, a my coraz głębiej wchodzimy w zielony świat dębów.

I właśnie wtedy Monte da Cidade zaczyna pokazywać nam swoje pierwsze tajemnice.

Las, który skrywa więcej, niż widać na pierwszy rzut oka

Im dalej idziemy, tym bardziej otacza nas bujna galicyjska zieleń.

Dęby mają fantazyjnie powyginane konary, a światło przedziera się przez liście tylko w kilku miejscach. Jest wilgotno, trochę mrocznie i niezwykle spokojnie.

To jeden z tych momentów, kiedy człowiek zaczyna rozumieć, skąd w Galicji wzięło się tak wiele opowieści o meigas, dawnych mieszkańcach lasów i miejscach, w których granica pomiędzy tym, co realne, a tym, co niewytłumaczalne, bywała bardzo cienka.

I wtedy zza drzew wyłania się kamienna konstrukcja. Na pierwszy rzut oka wygląda jak niewielki most. Podchodzimy bliżej. To akwedukt.

Ponte dos Mouros – Most Maurów

Kamienny łuk pochodzi, według zachowanej inskrypcji, z 1787 roku. Dzisiaj nazywany jest Ponte dos Mouros, czyli Mostem Maurów.

I właśnie tutaj pojawia się pierwsza zagadka. Bo kto właściwie go zbudował i po co?

Popularna nazwa „Most Maurów” pojawia się w wielu miejscach Galicji i często związana jest z bardzo starymi budowlami, którym ludowa wyobraźnia przypisywała nadprzyrodzone pochodzenie.

A przecież ten akwedukt ma konkretną datę. Tylko że jego historia wcale nie jest taka oczywista.

Dopiero kiedy przyglądamy się dokładniej terenowi, zaczynamy rozumieć, że woda spływająca z gór była tutaj starannie zbierana i kierowana specjalnym kanałem właśnie w stronę akweduktu.

Ale dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu w tak odludnym miejscu? Tego do końca nie wiemy. I może właśnie dlatego miejsce to jest jeszcze ciekawsze.

Legenda o kamieniach, które pamiętają

Miejscowi opowiadają historię, która brzmi jak jedna z tych galicyjskich legend, których nie da się już oddzielić od krajobrazu.

Podobno dawno temu, kiedy nocą przez góry przechodzili wędrowcy, nie zawsze odważali się zapuszczać w okolice Monte da Cidade. Mówiono, że po zmroku słychać tutaj czasem kroki, szmer rozmów i plusk wody, choć nikogo nie można było zobaczyć. Według jednej z opowieści były to dusze dawnych mieszkańców osady, którzy po śmierci nadal wracali do miejsca, które przez wieki nazywali domem.

Inna wersja mówiła o mouros – tajemniczych mieszkańcach podziemnego świata, którzy mieli ukrywać w górach skarby i pojawiać się tylko tym, którzy potrafili zachować ciszę. Nie wiemy, ile prawdy jest w tych opowieściach.

Ale kiedy stoimy pod kamiennym łukiem, wśród wilgotnego lasu, trudno nie pomyśleć, że właśnie w takim miejscu mogła narodzić się legenda.

Ponad dwa tysiące lat historii

Przechodzimy pod akweduktem i nagle orientujemy się, że znaleźliśmy się wewnątrz ogromnego grodziska.

Monte da Cidade było osadą typu castro, której historia sięga ponad dwóch tysięcy lat.

Pozostałości murów, fos, kamiennych konstrukcji i tarasów są dzisiaj częściowo ukryte wśród roślinności. Nie wszystko jest oczywiste. Czasami trzeba się zatrzymać, spojrzeć pod nogi albo między drzewa, żeby dostrzec fragment muru czy zarys dawnej konstrukcji.

I właśnie to podoba nam się tutaj najbardziej. To nie jest miejsce, które wszystko pokazuje od razu. Trzeba je trochę „czytać”.

Wioska ukryta w fosie

Idziemy dalej i odkrywamy coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy. W centralnej części grodziska, wzdłuż ścieżki, znajdują się niewielkie kamienne budowle. Domy. Jeden obok drugiego.

Niektóre zachowały ściany, nadproża, a nawet ślady dawnych palenisk. Są niewielkie, niskie, z małymi wejściami. Ich kształt pozwala wyobrazić sobie, jak mogło wyglądać codzienne życie ludzi, którzy mieszkali tutaj wiele wieków temu.

Przez chwilę próbujemy sobie wyobrazić to miejsce bez drzew. Z ogniem płonącym przed domami. Z ludźmi wychodzącymi o świcie. Z głosami dobiegającymi z kolejnych chat. Ze zwierzętami. I z drogą przebiegającą niedaleko, którą przemierzali ludzie transportujący towary pomiędzy interiorami Galicji a wybrzeżem.

Wtedy Monte da Cidade przestaje być tylko ruiną. Zaczyna być domem.

Casa da Raíña

W 2012 roku część tego niezwykłego miejsca została odnowiona. Zrekonstruowano między innymi Casa da Raíña – Dom Królowej.

Stojąc przy nim, znowu uruchamiamy wyobraźnię. Skąd właściwie wzięła się ta nazwa? Czy naprawdę mieszkała tu jakaś „królowa”? Tego nie wiemy. Ale nazwa pozostała.

A wraz z nią kolejna mała tajemnica Monte da Cidade.

I chyba właśnie takie historie lubimy najbardziej – te, w których nie wszystko zostało dopowiedziane.

Na szczycie góry

Opuszczamy na chwilę zabudowania i ruszamy w stronę najwyższego punktu. Kilka minut później jesteśmy na szczycie Monte da Cidade, na wysokości około 302 metrów.

I nagle las się otwiera. Przed nami pojawia się zbiornik Eiras, dolina rzeki Barragán i góry Serra do Suído. Patrzymy na ten krajobraz i myślimy o ludziach, którzy stali tutaj setki, a nawet tysiące lat temu. Oni również patrzyli w tę samą stronę.

Właśnie tutaj odnajdujemy kolejny ślad ich obecności – skałę z niewielkim zagłębieniem i kanałem odpływowym. Przypomina kamienną misę i bywa interpretowana jako pozostałość po dawnym miejscu kultu.

Czy rzeczywiście składano tutaj ofiary? Nie wiemy. Kamień jednak pozostał. A wraz z nim pytanie.

Miejsce, w którym woda spotyka się z kamieniem

Wracamy w stronę doliny.

Tym razem schodzimy niżej, w stronę Rego Cambichas. Tutaj wilgoć jest jeszcze bardziej wyczuwalna, a światło z trudem przedziera się przez gęstą roślinność. Wokół znajdujemy stare kamienne zagrody, pozostałości gospodarstw i ślady dawnego wykorzystania wody.

Jest też młyn. Zielony, wilgotny las, kamienie porośnięte mchem, szemrząca woda… Wszystko wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tutaj wiele lat temu.

I może właśnie dlatego Monte da Cidade zostaje z nami na długo. Nie przez jeden spektakularny zabytek. Nie przez piękny widok. Ale przez całość.

Wodę, kamień, las, ruiny, stare drogi i historie, których nie potrafimy już rozdzielić od legend.

Galicja, która szepcze

Kiedy opuszczamy Monte da Cidade, jeszcze raz oglądamy się za siebie. Myślę wtedy, że właśnie takich miejsc szukamy w Galicji. Nie tych, które krzyczą: „spójrz na mnie!” Tylko tych, które szepczą. Trzeba zwolnić, wejść między drzewa, dotknąć starego kamienia, posłuchać wody i pozwolić wyobraźni zrobić resztę.

Może właśnie dlatego Galicja tak często wydaje nam się magiczna. Bo tutaj historia nie zawsze jest zamknięta w muzealnej gablocie. Czasami leży pod liśćmi. Rośnie na starym murze. Płynie strumieniem. Albo czeka pod kamiennym łukiem, który miejscowi od pokoleń nazywają Mostem Maurów.

I czasami, kiedy zapada cisza, można odnieść wrażenie, że Monte da Cidade wciąż pamięta tych, którzy byli tutaj przed nami. A może to tylko wiatr przechodzący przez stare dęby…

Choć w Galicji nigdy nie wiadomo. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *